Portret jednego z najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych. Jan Englert opowiada o swoim rozumieniu zawodu, przygodzie z filmem, zapoczątkowanej udziałem w „Kanale” Andrzeja Wajdy, meandrach kariery, o działalności w ZASP-ie, aktywności pedagogicznej, życiu rodzinnym. Czyni to z charakterystycznym dla siebie dystansem i delikatną autoironią, jednak po wielekroć w jego wypowiedziach dochodzą do głosu głębokie emocje. Liczne wypowiedzi współpracowników i przyjaciół, unikające łatwego komplementowania Mistrza, tworzą wielowymiarowy wizerunek jego osobowości. Starannie dobrane fragmenty kluczowych ról Jana Englerta pozwalają głębiej zrozumieć oryginalność jego talentu.
Jan Englert jako aktor filmowy stworzył wiele zróżnicowanych ról, jednak okoliczności sprawiły, że to jego bogata kariera teatralna, w tym wielka aktywność w Teatrze Telewizji, wysunęła się na pierwszy plan. Twórcy filmowi dostrzegali pewną charakterystyczną cechę jego osobowości aktorskiej. Spójrzmy na najbardziej znane role filmowe Englerta – Zygmunta z serialu „Kolumbowie”, który to występ przyniósł aktorowi oszałamiającą popularność, a także Rajmunda Wrotka z serialu „Dom”. Otóż są to ludzie skłonni w końcu do heroizmu, lecz zarazem mocno niesentymentalni. Zygmunt to nie tylko doskonały dowódca, ale i sprawny bimbrownik, Wrotek – kombinator. Obaj prezentują rodzaj ekspansywnej, pewnej siebie męskości, nie tak częstej w polskim kinie. Trudno się tu doszukać zagubionej chłopięcości Cybulskiego czy brawurowej niesforności Olbrychskiego. Jeśli bohaterowie Englerta mają wątpliwości i przeżywają wahania, to nie tak łatwo je na pierwszy rzut oka dostrzec. Nieskłonni do patosu czy wielkich słów, przykrywają je kpiną. Englert, ze swą młodzieńczą, skumulowaną energią, sprężystymi ruchami, zdecydowanym tonem głosu i charakterystycznym uśmiechem doskonale wypełniał ten wzorzec. Jego bohaterowie mocno stąpali po ziemi, a gdyby było inaczej, wcale by się do tego nie przyznali.
Integralność jego bohaterów prowokowała twórców kina do obsadzania aktora w rolach niejako jednowymiarowych: żołnierzy (doskonały „Orsza” w „Akcji pod Arsenałem”), adwokatów, urzędników. Ludzi czynu, którzy odsuwali od siebie refleksję, by osiągnąć (lub nie) wyznaczone cele. Nie chcieli brać pod uwagę klęski, a gdy ona czasem ich spotykała, nie była w stanie ich złamać.
Rysowała się przed aktorem i inna ścieżka, o czym świadczą dwa utwory, intrygujące ze względu na nietypowy sposób nakreślenia postaci. W „Poślizgu” (reż. Jan Łomnicki), według scenariusza Jerzego Skolimowskiego, Jan Englert zagrał kierującego się gwałtownymi impulsami Marka. Podobnie było w przypadku „Ukrytego w słońcu” (reż. Jerzy Trojan), według prozy Ireneusza Iredyńskiego. Pojawiła się okazja na stworzenie prowokującego wizerunku hedonisty, niezwykłego jak na polskie kino tamtych czasów. Z różnych względów szansa ta pozostała nie do końca wykorzystana – choć nie z uwagi na przekonującą grę Englerta. Wymienić tu należy wyraźnie dydaktyczny ton, a także temperament reżyserski, w przypadku Łomnickiego zbyt poprawnie akademicki, a Trojana – chaotycznie post-nowofalowy.